24.02.2018

CHUJ ŻE GIFEK NIE DO TEJ SYTUACJI, ALE CHUJ Z TYM, ŁADNY BO ŁADNY XD Za dużo Jareda. Lol
- Nie różnimy się od siebie tak bardzo, Tosiu. Nie uważasz? - Azazel lekko dotknął nagiego ramienia kobiety, oglądając z uwagą jej jasną delikatną skórę wypełnioną tatuażami. Przez kilka sekund dokładnie przyglądał się im, a dokładnie małemu wróbelkowi oraz małemu znamienia, które nadał Tosi Michael w czasie narodzin. Lekko zaczerwienioną skórę układającą się w kształt miecza.
Nagle niebiesko-krwiste oczy uniosły się, spoglądając na zdezorientowaną Tosię. 
- Co masz na myśli? - wypowiedziała te słowa, drżąc od dotyku upadłego na swojej skórze. 
Nie mogła powstrzymać się od uczuć, jakie nad nią wisiały w tamtym momencie. Strach, przerażenie, a jednocześnie zaintrygowanie kimś tak intrygującym jak Azazel. Potrafiła zazwyczaj ukryć swoje roztargnione emocje, jednak w tamtym momencie, jej ciało przeczyło wszystkiemu co starała się ukryć. Gęsia skórka nie była spowodowana chłodem, a tym, co upadły wyprawiał z nią samym swoim głosem, gestami, lekkimi dotykami na jej skórze. Nie mogła pojąć dlaczego. 
Ten, który się oddalił. Ten, którego Bóg umacnia. 
- Niechciani... niechciani. Przede wszystkim - stwierdził Azazel, powoli oddalając dłoń od Tosi, na chwilę odwracając się swoim ciałem tyłem od niej. 
Przez chwilę wydawało się kobiecie, że ujrzała przez poszarpane ubranie upadłego anioła jego blizny, prawdopodobnie oznaczające pozostałością po jego straconych skrzydłach. Nawet bała się o cokolwiek spytać. 
- Upadłem, będąc nawiną duszą, która zaufała stworzeniom mego ojca. - Odwrócił się napięcie, nie zmieniając tonu swego głosu. Opanowanego, tajemniczego, można powiedzieć że lekko nasyconego żalem. - Czyż to nie ironia losu mego życia? 
Dopiero teraz Tosia ujrzała Azazela w całej jego postawie. Stał w świetle latarni ulicznej, dzięki czemu mogła ujrzeć go dokładnie. Był piękny, pomimo swego upadku dalej prezentował coś niesamowitego. Straconą boskość, a jego blizny prezentowały jego udrękę i karę, jaką nadał mu Ojciec. 
Upadły miał na sobie wyłącznie zniszczoną koszulę, mocno rozpiętą pod szyją, a także czarne spodnie. Nie miał na sobie butów, chodził wyłącznie na boso, a pomimo tego jego stopy nie miały na sobie żadnych ran zadanych przez ziemię. 
- Mamy na sobie rany, które nigdy się nie zagoją. - Po tych słowach rozłożył ręce. 
Na wyblakłej skórze niedosięgniętej blaskiem słońca,  Tosia dostrzegła wreszcie na jego nadgarstkach u stóp, jak i u rąk, mocne odciski od łańcuchów w kolorze ciemno brudnej czerwieni. Sprawiały wrażenie, jakby wciąż były świeże, chociaż ona, jak i on wiedzieli że to nie była prawda. Zaś z pod koszulki widniały trzy mocno poszarpane czerwone rany, biegnące aż do szyi mężczyzny. 
Pragnęła zobaczyć więcej jego ciała. Pragnęła zobaczyć jaki ból kryje się w nim. Pragnęła tego w tamtym momencie najbardziej na świecie, chociaż Tosia nadal nie potrafiła mu przerwać. Jego melodyczny głos wypełniony niepokojem był piękną kołysanką dla nocy ich obydwoje.

Posegregowane